Powrót

Aleksander Milart płk pil.

Urodził się 2 maja 1923 roku w Tołpyrzynie na Wołyniu. Szkołę powszechną ukończył w Rożyszczu, a naukę w gimnazjum w Kowlu przerwała wojna. Otrzymał propozycję od nowej władzy radzieckiej, by zostać nauczycielem. Pracę rozpoczął w szkole w Berezołupach Wielkich, później został przeniesiony do Zaostrowia. Jednocześnie, aby podnieść swoje kwalifikacje ukończył szkołę pedagogiczną w Łucku. Po wkroczeniu Niemców na tereny Wołynia, by uniknąć wywózki na roboty do Rzeszy, został dyżurnym ruchu na kolei na stacji Rożyszcze. W 1944 roku znowu pojawiła się Armia Czerwona.13 marca tego roku wstąpił do Wojska Polskiego w Związku Radzieckim i wysłany został do ośrodka formowania wojska w Sumach na Ukrainie, a stamtąd do szkoły lotniczej w Bugursułaniu na Uralu. Latem 1945 roku powrócił do Polski i 21 czerwca w Dęblinie otrzymał promocję jako pilot w stopniu chorążego.

W lipcu ukończył kurs instruktorski w Dęblinie na UT-2. Następnie zgłosił się na kurs instruktorów pilotażu bombowców nurkujących Pe-2. Po jego ukończeniu, od 1946 roku pracował jako instruktor. Kolejno awansował na dowódcę klucza szkolenia pilotów bombowych, dowódcę oddziału bombowego, dowódcę 1-ej eskadry szkolenia pilotów bombowych. W 1952 roku został zastępcą Komendanta Szkoły Lotniczej ds. pilotażu. Podlegał mu pion szkolenia w eskadrach podstawowego pilotażu dla bombowców, pilotaż bombowy i eskadra szkoląca nawigatorów i strzelców – radiotelegrafistów. W 1953 roku został wyznaczony na dowódcę 21 pułku lotnictwa rozpoznawczego w Poznaniu. Wkrótce jednostkę przeniesiono do Sochaczewa. Po przebazowaniu nastąpiła olbrzymia praca rozbudowy pułku z dwóch do czterech eskadr i równocześnie przeszkolenie wszystkich eskadr na samoloty odrzutowe. Eskadry rozpoznania taktycznego z Jak-23 na MiG-15, a eskadry rozpoznania operacyjnego z Pe-2 i Tu-2 na Ił-28. Praca w pułku była bardzo ciekawa, wymagała wielkiego wysiłku zarówno ze strony personelu latającego jak i technicznego. Były okresy, gdy latano przez całą dobę na okrągło. Po dziesięciu latach pułk został rozformowany na cztery jednostki.

W 1963 roku został skierowany na dowódcę nowo formowanego 55 pułku lotnictwa transportowego w Krakowie. Dowodził nim przez 10 lat. Po przejściu na emeryturę pracował od 1973 do 1995 roku jako Inspektor Spraw Obronnych w Zakładach Techniki Biurowej oraz w Miejskim Biurze Projektów w Krakowie. W wojskach lotniczych osiągnął kwalifikacje pilota pierwszej klasy, nalot to ponad 3000 godzin na wielu typach samolotów. Specjalizował się w pilotażu bombowym na samolotach: Pe-2, Tu-2, UTB-2, Ił-28, Ił-28 R, a także na maszynach transportowych. Posiada wiele wyróżnień i odznaczeń, w tym Krzyż Kawalerski OOP oraz Order Wojny Ojczyźnianej II stopnia ZSRR. Napisał książkę wspomnieniową dla wydawnictwa MON pt. „Pod niebem Dęblina”. Miała ukazać się we wrześniu 1991 roku. Dokonane w tym czasie zmiany w wojsku zmieniły również plany wydawnicze już wówczas Bellony. Fragmenty były drukowane w „Wirażach”, a jeden rozdział pt. „Byłem podwładnym płk Ścibora” został wyróżniony w konkursie literackim Wojsk Lotniczych. Mieszka w Krakowie z żoną Renatą.

Fragmenty książki „Pod niebem Dęblina”

(Książka ukaże się niebawem staraniem Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego RP) 

Powrót

Mój pierwszy kontakt z lotnictwem nie należał do przyjemnych. Utkwił w mej pamięci na bardzo długo....

W pewnym momencie coś zahuczało i od strony słońca nadleciał samolot. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyż niedaleko, w Łucku było lotnisko i samoloty latały tutaj często. Tym razem lot wyglądał zupełnie inaczej. Samolot leciał bardzo nisko, leciał tuż nad samymi głowami kobiet kopiących kartofle. Przestraszyły się one bardzo i upadły na ziemię. Ja również upadłem, Pilotowi widocznie mało było tej zabawy. Zawrócił i nadleciał ponownie i chyba jeszcze niżej. Podmuch nisko przelatującej maszyny uniósł tumany kurzu. Samolot wyskoczył gwałtownie w górę, gdyż pilot chciał uniknąć zderzenia ze ścianą wysokich drzew lasu. Pomachał równocześnie na pożegnanie skrzydłami i odleciał w stronę lotniska.

Wystraszyłem się nie na żarty. Wstałem z ziemi i zacząłem uciekać w kierunku leśniczówki....

W czasie tego biegu, co pewien czas groziłem uniesioną pięścią w kierunku, gdzie schował się samolot i wykrzykiwałem:

- Ja ciebie nauczę panie pilocie! Ja ciebie nauczę!....

Słuchaliśmy rozmów politycznych prowadzonych przez rządy Anglii, Francji, Związku Radzieckiego i Berlina. Warszawa jakby nie mogła zrozumieć stopnia zagrożenia. Polska dyplomacja jakoś nikomu nie pasowała. I tutaj byliśmy osamotnieni i to z własnej winy. Społeczeństwo jeszcze liczyło na to, że Hitler nie odważy się zaatakować Polski. Może to są tylko takie pogróżki....

Wreszcie pierwszego września sytuacja definitywnie wyjaśniła się. Wojna. Komunikaty radiowe podały o rozpoczęciu działań wojennych przez hitlerowskie Niemcy. Wojnę rozpoczęli bez wypowiedzenia jej. To było podkreślane, jakby ten fakt miał dla nas jakieś istotne znaczenie. Radio podawało coraz bardziej niepokojące wiadomości z frontu. Armia polska cofała się wszędzie i to ponosząc ogromne straty.

Chwilowym przebłyskiem radości było przystąpienie Anglii i Francji do wojny z Niemcami. Wydawało się nam, że takie wielkie siły militarne mogą uderzyć na tyły wroga i zdecydowanie zmienić obraz sytuacji na naszym froncie. Rozumowanie zupełnie logiczne i oczekiwania nie bezpodstawne. Jednakże bardzo prędko musieliśmy zmienić swoje poglądy na pomoc sojuszników. Oby takich przyjaciół mieli zawsze nasi wrogowie. Nadzieja, zgodnie z przysłowiem, bywa matką głupich....

Około połowy września miałem widok pokrzepiający. Oto spora grupa polskich bombowców typu "Łoś" przeleciały nad nami na małej wysokości. Leciały one na południe. Później dowiedziałem się, że ich celem była Rumunia. Ale na moment serce zabiło raźniej, że jeszcze jakaś polska siła militarna istnieje. Zresztą krążyły różne pogłoski, że poprzez Rumunię nadciąga pomoc sojuszników zachodnich, a skrzynie z francuskimi samolotami są w portach rumuńskich wyładowywane w dzień i w nocy. Tak społeczeństwo pocieszało się w tych dniach okrutnej goryczy i klęski.

Nadszedł dzień 17 września. Wysłuchałem komunikatu rządu radzieckiego. Mówił on o tym, że ponieważ rząd polski przekroczył granicę rumuńską i państwo polskie faktycznie przestało istnieć, mając na uwadze, że rubieże wschodnie zamieszkuje w większości ludność ukraińska i białoruska, władze radzieckie postanowiły wziąć pod ochronę swych rodaków. Armia Czerwona otrzymała rozkaz przekroczenia granicy i zajęcia terenów sięgających Bugu. Wkrótce nadleciały samoloty rozrzucające ulotki nawołujące do współpracy z władzami radzieckimi i zachowania spokoju. Nie zrobiło to już na mnie większego wrażenia. Klęska była tak wielka, że cała reszta już nie miała znaczenia.....

Zgromadziła się nas grupka kilkunastu mężczyzn. Każdy miał na drogę skromniutki tobołek z żywnością i bielizną. Ja również swoje zapasy umieściłem w torbie po polskiej masce gazowej z roku 1939. Prowiant był bardzo ubogi.. Trochę sucharów, kawałek wędzonego boczku i trochę cukru. Była też zapasowa bielizna i skarpety. Ruszyliśmy pieszo do Kiwerc....

Niemcy o nas nie zapominali. Latały „Sztorchy", latały „ramy", przekazując dane z rozpoznania. No i te najgorsze dwupłaty, które przecież zrzucały bomby. Z takimi przeszkodami posuwaliśmy się bardzo wolno. Do stacji Kiwerce dotarliśmy, gdy było już późne popołudnie. Obok stacji mieścił się Rejonowy Wojenkomat. To taka ich Wojskowa Komenda Uzupełnień. Ujęto nas na ewidencję i staliśmy się jakby przedszkolakami wojska. Nocowaliśmy na stacji..... Tutaj już powiedziano nam, że idziemy do Polskiego Wojska....

Wreszcie dotarliśmy do stacji kolejowej, gdzie nad wejściem do budynku dworca było napisane – Sumy. Oświadczono nam, że jesteśmy u celu podróży.....

Dowódcą tego zgrupowania był generał Karol Świerczewski. Powitał nas jego zastępca do spraw polityczno-wychowawczych porucznik Konrad Świetlik. Oczywiście pierwszą i najważniejszą czynnością była łaźnia i gazowanie ubrań. Łaźnia była typu polowego i ustawiono ją w dole, nad rzeką. Wspinając się po skarpie tej rzeki przypominałem sobie Styr.....

Dowiedzieliśmy się także jakie jest Wojsko Polskie w ZSRR i czym dysponuje. Poznaliśmy naszą najbliższą przyszłość.....

Generała Świerczewskiego widywaliśmy codziennie. On też nas zauważał i interesował, naszym szkoleniem. Zostaliśmy etatową kompanią honorową garnizonu w Sumach. Obsługiwaliśmy wizytę sympatycznego gościa ze Stanów Zjednoczonych, księdza Orlemańskiego. Byliśmy w tej roli przy wizytacjach garnizonu przez Berlinga, czy Zawadzkiego. Byliśmy ulubieńcami całego obozu w Sumach. Uznaniem darzyli nas ...

Moim marzeniem było opanować samolot Pe-2 i zostać szeregowym pilotem na froncie. No, a tak w dalszej perspektywie to widzę siebie jako dowódcę klucza bombowego. Ale tylko na Pe-2. To była moja skryta miłość. Samoloty te spodobały mi się już dawno. Ale gdzie tam do Pe-2, kiedy przed nami początek szkolenia na samolotach Ut-2. Pomarzyć jednak można.















Powrót

Pewnego dnia załadowano nas na ciężarówki i pojechaliśmy do Zamościa, na lotnisko Mokre. Tam była siedziba Sztabu Armii Lotniczej, na bazie której formowano dalsze jednostki polskiego lotnictwa. Zamieszkaliśmy w baraku. Przeszliśmy jeszcze raz komisję lekarską i zostaliśmy ponownie zakwalifikowani do nowopowstającej szkoły lotniczej, by dokończyć zaczęte dzieło szkolenia. Mokre, było to niewielkie lotnisko. Stała tam jednostka lotnicza samolotów Po-2. Był to trzynasty pułk lotnictwa transportowego. Nie mogłem nawet pomyśleć, że tradycje tej jednostki, po latach, będzie kontynuował pułk, którym dane mi było dowodzić. Formowałem ten pułk i dowodziłem nim lat dziesięć.

Ale była to już jednostka w niczym nie przypominająca tej z Mokrego. Wśród kukurużników stały również samoloty Li-2, a także jeden duży samolot bombowy amerykański. Była to latająca twierdza „Liberator". Jego liczna załoga jadała razem z nami, w kasynie. Dowiedzieliśmy się, że samolot podczas wyprawy bombowej miał uszkodzony jeden silnik. Lądował tu przymusowo. Wkrótce przyleciała z Włoch "Sikorka" i przywiozła silnik. Po remoncie, oba samoloty odleciały. Samoloty te startowały z Włoch, a po wykonaniu zadania lądowały na lotniskach radzieckich. Następny lot bojowy wykonywały z tych lotnisk. Z Mokrego przeniesiono nas do koszar w mieście. Były to typowe koszary. Teraz przyszła kolej na inny podręcznik. Był to Kurs Uczebno-Lotnoj Podgotowki na samolocie Ut-2...

Były dwie wersje tego samolotu. Był Ut-2, popularnie nazywano go „deską" i był Ut-2M, zwany „strzałką". Różnica polegała na innej geometrii skrzydła, były inne kąty ustawienia, a także inny kształt statecznika i steru kierunkowego. W akrobacji lepiej spisywała się „deska”, a przy lądowaniu stateczniejsza była „strzałka". I jeden i drugi miały zalety i wady.....

Odbyły się egzaminy końcowe z niezbędnych przedmiotów i rozpoczęły się przygotowania do promocji. Była to pierwsza promocja po wojnie. Warunki niestety dosyć trudne. Trzeba było trochę potrenować musztrę, gdyż ostatnio zaniedbaliśmy ją nieco.Miałem poważne kłopoty z dopasowaniem munduru oficerskiego, a zwłaszcza butów. O ile z mundurem jakoś poradziłem sobie, to z butami w żaden sposób nie mogłem. Pobrałem z magazynu największy numer, jaki tam był. Niestety, nie był to dla mnie odpowiedni rozmiar. Buty były ładne, z chromowymi cholewami, które po pewnym czasie na podbiciu tworzyły harmonijkę. Ale były one przynajmniej o pół numeru za krótkie. Ponieważ nie było możliwości zdobyć większych, postanowiłem, że swoje codzienne saperki, posiadające cholewy z dermy, dokładnie wypoleruję, upodobnię je do tych chromowych i wystąpię w nich podczas promocji. Pomysł był wariacki, ale lepszego nie było...........

Uroczystość promocji odbyła się przed hangarem mocno poturbowanym podczas działań wojennych. Dla dekoracji ustawiono dwa samoloty, a także przystrojono flagami narodowymi. Promocji dokonał Szef Sztabu Generalnego - generał Władysław gorczyc. Znalazła się nawet do tego celu piękna szabla.

Trzeba przyznać, że uroczystość promocyjna była skromna i bez większego rozgłosu. Było jednak bardzo miło i dostojnie. Promowano 44 oficerów - pilotów. Z tego dziewiętnastu a przeznaczeniem na pilotów - instruktorów w szkole, a pozostałych skierowano do Radomia celem przeszkolenia na samoloty myśliwskie i szturmowe. Przepraszam! – było nas dziewiętnaścioro, wszak były dwie kobiety...

Po promocji odbyło się w kasynie przyjęcie. Były alkohole i były toasty. Wieczorem uroczystości zakończyła zabawa taneczna. ......















Powrót

Prawo do pobytu na obozie kondycyjnym otrzymywał pilot, który spełnił jeden warunek. Musiał w minionym roku nalatać minimum 40 godzin. W warunkach szkoły nie było to trudne. Nalatywaliśmy po kilkaset godzin. Pobyt w WDW Nr 1, gdyż tak się to nazywało w Szklarskiej Porębie Górnej, należał do sporych atrakcji. Przyjemny klimat, ładne góry, sanki, narty i nawet środowisko było przyjemne. Wszak byliśmy tam razem z rodzinami....

Wkrótce zorganizowano ośrodek kondycyjny w Zakopanem, na Groniku. Tam już były znacznie lepsze warunki do regeneracji sił. Osobiście uwielbiałem łażenie po górach. Zawsze coś tam ciekawego znalazłem. Moją grupę wiekową prowadzał stale znakomity i stary przewodnik tatrzański Józef Krzeptowski, Trzeba przyznać, że i warunki pracy na starcie częściowo zaczęły się poprawiać, ale nie były nadal zachwycające. Tylko ogromny zapał do tej pracy niwelował jej wszystkie niedogodności.....

Przesiadka na "peszki"

Natychmiast po powrocie z Podlodowa, Zastępca Komendanta Szkoły do spraw pilotażu ppłk Borys Bortkiewicz, wezwał kilku instruktorów do siebie i zaproponował przeszkolenie na bombowcach. Oświadczył mi, że pamięta, jak ja wyraziłem już dawniej taką ochotę. Istotnie tak było i z radością przyjąłem propozycję przejścia na samoloty Pe-2 Peszki to moja słabość i byłem szczęśliwy, że zrealizuję swe marzenia. Wszak już w Zawiałowce kolegom swoim opowiadałem, że pragnę zostać pilotem na tym samolocie. Taki jest mój plan maksimum. No, najwyżej dowódcą klucza, ale klucza bombowców.

Poza mną, którzy wyrazili zgodę na latanie w tej specjalności, byli Grzesio Winter i Jurek Figarski. Niezwłocznie rozpoczęliśmy szkolenie teoretyczne. Był to samolot okazały, a jego konstrukcja skomplikowaną. Wreszcie zdaliśmy egzaminy i wio do latania.....

Tą grupę szkoliłem w Poznaniu na Ławicy. Lotnisko dęblińskie okazało się zbyt krótkie. Pod naszą nieobecność było po raz pierwszy przedłużone. Przebazowaliśmy się wczesną wiosną, a późną jesienią wróciliśmy na stałą bazę......






 Powrót

Pierwsza eskadra otrzymała jako samoloty przejściowe UTB-2. Był to bombowiec szkolno - treningowy /uczebno - trenirowocznyj/bombardirowszczyk/. Był zbudowany na bazie doskonałego bombowca TU-2, konstrukcji znakomitego specjalisty Tupolewa. Część wyposażenia została z niego usunięta lub zamieniona na inne. Zabudowano nowe, o połowę słabsze silniki i wprowadzono szereg innych zmian. Zewnętrznie rzucało się w oczy zgrubienie kabiny pilota. Umieszczono dwa równorzędne siedzenia pilotów obok siebie, z podwójnym sterowaniem. Samolot ten przypominał węża, który przed chwilą połknął duże jajo. Uwięzło ono tuż za przełykiem. Śmigła również były dwułopatowe w przeciwieństwie do TU-2, gdzie stały wielkie, czterołopatowe wiatraki. Samolot miał bardzo długi rozbieg z powodu słabiutkich silników, ale poza tym był doskonałym w szkoleniu podchorążych. Stanowił bardzo cenny nabytek w eskadrze. Bardzo lubiłem na nim latać. To właśnie na nim miałem przymusowe lądowanie na poligonie. Podchorążowie znacznie łatwiej przyswajali sobie latanie na Pe-2, po opanowaniu przejściowego UTB-2.....

Charakterystyczne było moje spotkanie, ostatnie, z pułkownikiem Jaruzelskim, gdy byłem na konferencji w Dowództwie Wojsk Lotniczych. Kilka dni przed terminem narady w „Żołnierzu Wolności" podane były nazwiska nowomianowanych generałów. Wśród nich był pułkownik Jaruzelski. Powszechnie mówiło się, że to najmłodszy generał w Wojsku Polskim. Byłem nawet bardzo zadowolony z tego, gdyż uważałem, że to właściwy kandydat. Na wspomnianą naradę przybył jednak nadal pułkownik Jaruzelski, a nie generał. Było to zaskakujące, gdyż znałem takie przypadki, kiedy kandydat na generała już znacznie wcześniej wyszykował sobie mundur i był gotowy przywdziać go w każdej chwili.

Właśnie w tym domu, pewnego razu przedstawiono mi przystojną, młodą osobę. Była to cioteczna siostra Halinki. Nazywała się Renata Dziubakówna. Będąc na urlopie, przyjechała odwiedzić kuzynów. Była magistrem farmacji, pochodziła z Żelechowa, wówczas miała nakaz pracy do apteki w Nidzicy. Przypomniałem sobie wtedy, że podczas referendum w Żelechowie wraz z Jasiem Urbańczykiem mieszkaliśmy u pana Dziubaka. Prosto z mostu zapytałem, czy zna tego pana. Okazało się, że jest właśnie córką Dziubaka. A ona, to ta dziewczyna, której plecy pokazał mi przez okno Urbańczyk. Było to siedem lat temu. Widocznie tak chciało przeznaczenie, że w niecały rok później stanęliśmy na ślubnym kobiercu Urzędu Stanu Cywilnego w Dęblinie. A żeby było dowcipniej to ślubu udzieliła nam kobieta. Ale myślę, że miała szczęśliwą rękę.....

Pierwsza eskadra była wyposażona w samoloty odrzutowe Jak-23. Jako dwuster służył jeden Jak-17 U. W pułku nazywano go „Agata". Ze względu na to, że lotnisko Ławica miało zbyt krótki pas startowy, eskadra stacjonowała na innym lotnisku w znacznej odległości od sztabu pułku. Personel eskadry był dowożony do pracy i na loty. Komplikowało to w poważnym stopniu pracę. Mankamentem było również to, że pułk cierpiał na brak autobusów. Eskadrą dowodził młody, energiczny pilot por. Roman Lachcik. Byli tam również dobrze zapowiadający się piloci, jak por. Jerzy Leszczyński, ppor. Ryszard Węgrzynowicz, ppor. Raże, ppor. Gicirko, ppor. Zdzisław Pichur, ppor. Henryk Bukiert, ppor. Zbigniew Jędrzejewski, ppor. Kazimierz Chodor, ppor. Jan Podkowiński. Inżynierem eskadry był por. Józef Nikończuk.

Eskadra druga nie istniała. Trzecia eskadra była wyposażona w samoloty TU-2. Doskonałe samoloty. W końcowej fazie wojny weszły aa uzbrojenie jednostek radzieckiego lotnictwa bombowego. Dowodził nią, mój stary przyjaciel, kpt. Tadeusz Antonicki. Eskadra czwarta była wyposażona w samoloty Pe-2. Były to bombowce nurkujące, ale tu odpowiednio przystosowane do celów rozpoznawczych.

Eskadrą dowodził również mój stary przyjaciel kpt. Tadeusz Plezia. W skład obu eskadr wchodziło wielu pilotów moich wychowanków. Byli tam por. Mieczysław Maciszewski, por. Józef Tomczyk, podporucznicy Stanisław Kościn, Stanisław Mika, Józef Jakubas, Andrzej Ziółek, Stanisław Podleśny Nawigatorzy to również niedawni podchorążowie z Dęblina  por. Marian Kuchniak, ppor. Edward Kostur, ppor. Jan Ekiert i inni.....

Osobiście uczestniczyłem kilkakrotnie w defiladach. Latałem na różnych samolotach. Od Po-2 począwszy, poprzez Ut-2, Pe-2 aż do Ił-28 włącznie......














Powrót

Generał Raczkowski przyjął mnie o oznaczonej godzinie. Był jak zwykle punktualny. Szanował swój czas, innych także. Zapytał mnie tylko, czy zakończyłem wszystkie prace związane z rozformowaniem pułku rozpoznawczego. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą, powiedział:

- Pułkowniku Milart, czeka na was teraz następujące zadanie.

Udacie się do Krakowa i tam sformujecie pułk lotnictwa transportowego. Moja ciekawość została już zaspokojona, a generał ciągnął dalej.

- Zadanie będzie o tyle trudne, że będzie to w pewnym sensie praca pionierska. Jest tam lotnisko. Są nawet jakieś skromne resztki pozostałe po poprzedniej jednostce. To oczywiście bardzo niewiele. Musicie sami rozejrzeć się i ocenić, co będzie wam przydatne. Wyznaczyłem tam na dowódcę grupy organizacyjnej byłego zastępcę dowódcy jednostki do spraw ogólnowojskowych, ppłk Mariana Dębowskiego. Gdy tam przybędziecie, jego rola się kończy. Wykorzystacie go w nowej jednostce.

- A jaki będzie etat - przerwałem.

- Właśnie to następna sprawa. Zanim udacie się do Krakowa, pojedziecie do Sztabu Generalnego i tam wspólnie z zainteresowanymi sprecyzujcie projekt etatu, I jeszcze jedna sprawa. W Krakowie, przy dywizji desantowej, jest klucz samolotów An-2. Służą one do szkolenia spadochronowego. Dowodzi tym kluczem mjr Florian Domal. Chyba pamiętacie go ze szkoły. Po waszym przybyciu weźmiecie ich pod swoje skrzydła. To będzie zalążek jednej z eskadr..........

Właśnie ukazała się nowa dyrektywa. Wynikało z niej, że z jednostki dowodzonej przez płk Miniacha ma być odkomenderowana jedna eskadra wyposażona w samoloty Ił-14 i Li-2 wraz z personelem latającym oraz obsługą techniczną. Teraz pułk miał już dwie eskadry. Tą nową eskadrą dowodził mjr Jerzy Rybiński. Była w niej grupa bardzo dobrych pilotów takich jak kpt. Tadeusz Chabrowski, kpt. Dionizy Mikołajczak, kpt. Jerzy Kurpiewski, kpt. Stanisław Mikołajczyk i por. Leon Ćwikła....

Obowiązki dowódcy pułku przekazałem płk Henrykowi Rzemienieckiemu. Pamiętam go dobrze z Dęblina. Jako podchorąży był filarem drużyny piłkarskiej „Orlęta". Grał znakomicie. Teraz bardzo doświadczony oficer-pilot dawał gwarancję, że pułk przekazałem w godne ręce.....

Przyznać muszę, że pożegnanie z ludami, z którymi przepracowałem niekiedy trzydzieści lat, nie należy do przyjemnych ani łatwych Tym razem było to już na dobre pożegnanie z wojskiem.

Moją osobowość oficera - pilota i dowódcy w znacznym stopniu ukształtował dawny przełożony, Komendant Oficerskiej Szkoły Wojsk Lotniczych w Dęblinie płk pil. Szczepan Ścibior.







Powrót

Stronę wykonał Henryk Kwapisz

Aktualizacja: 20 maja 2007r.